biuro rachunkowe wrocław -
wielkim sprzymierzeñcem. Gdy tylko przegalopowali przez most, Olven zakrêci³ ostro w lewo, prowadz¹c kolumnê polami w kierunku traktu do Demos. Z ty³u dobieg³y Sparhawka nawo³ywania zaskoczonych gwardzistów, wybiegaj¹cych z namiotów i patrz¹cych z bolesnym rozczarowaniem w œlad za znikaj¹c¹ kolumn¹.
- Jak po maœle - powiedzia³ Kalten z zadowoleniem. - Przez most we mgle krócej ni¿ w minutê.
- Pan Olven wie, co robi - rzek³ Sparhawk. - Nim gwardziœci zdo³aj¹ zorganizowaæ jakiœ poœcig, bêdziemy mieli godzinê przewagi.
- Daj mi godzinê na starcie, a nigdy mnie nie z³api¹. - Kalten œmia³ siê z ukontentowania. - Bardzo dobrze siê zaczê³o, Sparhawku.
- Ciesz siê,
póki mo¿esz. Mo¿liwe, ¿e póŸniej sprawy nie bêd¹ sz³y tak dobrze.
- Pesymista z ciebie, Sparhawku.
- Nie. Jedynie przywyk³em do drobnych niepowodzeñ. Po wjechaniu na trakt do Demos zwolnili i przeszli w krótki galop. Olven by³ rycerzem starej daty i zwyk³ oszczêdzaæ konie. Ich szybkoœæ zawsze mog³a siê jeszcze przydaæ. Olven nie lubi³ ryzykowaæ.
Ksiê¿yc w pe³ni wisz¹cy ponad mg³¹ rozœwietla³ j¹ srebrzyst¹ poœwiat¹. Migotliwe b³yski w siwym oparze mami³y wzrok i bardziej skrywa³y, niŸli oœwietla³y drogê. Sparhawk otuli³ siê szczelniej p³aszczem, by ochroniæ siê przed wilgotnym ch³odem.
Trakt bieg³ na pó³noc, w kierunku miasta Lenda, by potem skrêciæ na po³udniowy wschód, ku
biuro rachunkowe wrocÅ‚aw Demos, gdzie znajdowa³ siê klasztor Zakonu Rycerzy Pandionu. Sparhawk wiedzia³, chocia¿ nie móg³ tego widzieæ, ¿e teren wzd³u¿ drogi by³ ³agodnie pofa³dowany i poroœniêty kêpami drzew. W tych zagajnikach mia³ nadziejê znaleŸæ kryjówkê po od³¹czeniu siê od kolumny.
Jechali dalej. Wilgotna mg³a t³umi³a têtent koñskich kopyt.
Co jakiœ czas z k³êbów mg³y po obu stronach drogi wy³ania³y siê nagle ciemne sylwetki drzew. Za ka¿dym razem Talen wzdryga³ siê nerwowo.
- Co siê z tob¹ dzieje? - zapyta³ go Kurik.
- Nie cierpiê tego - odpar³ ch³opiec. - Absolutnie tego nie cierpiê. Na poboczach mog¹ siê kryæ wilki, niedŸwiedzie albo coœ jeszcze
gorszego.
- Jedziesz poœród zbrojnej dru¿yny, Talenie.
- £atwo ci mówiæ, ale ja jestem najmniejszy... no, mo¿e z wyj¹tkiem Flecika. S³ysza³em, ¿e wilki i tym podobne stwory zawsze atakuj¹ najmniejszego. Naprawdê nie mam ochoty zostaæ po¿artym, ojcze.
- To staje siê coraz bardziej intryguj¹ce - odezwa³ siê Tynian. - Panie Sparhawku, nie wyjaœni³eœ jeszcze, czemu ch³opiec zwraca siê w ten sposób do twojego giermka.
- Kurikowi, gdy by³ m³odszy, przytrafi³a siê chwila s³aboœci.
- Czy w Elenii nikt nie sypia w swoim w³asnym ³ó¿ku?
- To pewnego rodzaju osobliwoœæ kulturowa. Nie jest to jednak tak powszechne zjawisko, jakby siê mog³o wydawaæ.
Tynian uniós³ siê nieznacznie w strzemionach
i spojrza³ w бак топливный kierunku, gdzie Bevier i Kalten jechali obok siebie pogr¹¿eni w rozmowie.
- Dostojny panie, coœ ci poradzê - powiedzia³ w zaufaniu. - Jesteœcie Eleñczykami i wydaje siê, ¿e tego typu sprawy traktujecie bez zbytnich uprzedzeñ. W Deirze równie¿ podchodzimy do tego z pewn¹ doz¹ wyrozumia³oœci, ale nie wtajemnicza³bym pana Beviera. Rycerze Zakonu Cyriników s³yn¹ z pobo¿noœci - jak wszyscy mieszkañcy Arcium - i patrz¹ z wielk¹ niechêci¹ na tego rodzaju s³aboœci. Pan Bevier to dobry wojownik, ale pogl¹dy ma trochê zacofane. Je¿eli siê uprzedzi, mo¿emy póŸniej mieæ z nim k³opoty.
- Zdaje siê ¿e masz racjê -
przyzna³ Sparhawk. - Pomówiê z Talenem i poproszê, aby nie rozpowiada³ wszem wobec o swym pokrewieñstwie z Kurikiem.
- Myœlisz, ¿e bêdzie ci pos³uszny? - zapyta³ Deirañczyk z pow¹tpiewaniem.
- Nie szkodzi spróbowaæ.
Minêli w³aœnie stoj¹cy przy spowitej mg³¹ drodze dom, z którego okien s¹czy³o siê zamglone, z³ociste œwiat³o, widoma oznaka, ¿e chocia¿ wci¹¿ by³o ciemno, to dla wieœniaków dzieñ ju¿ siê zacz¹³.
- Jak d³ugo bêdziemy jechaæ razem z kolumn¹? - zapyta³ Tynian. - Trzeba by sporo nad³o¿yæ drogi jad¹c nad jezioro Randera przez Demos.
- Od³¹czymy siê trochê póŸniej, gdy tylko upewnimy siê, ¿e nikt nas nie œledzi - odpar³ Sparhawk. - Tak
бак топливный -
|